Short stories – Red Sun piano CD. Polish version

July 16, 1997 - blog / News

Short stories (1995) :

Szklarz

Ziąb. Rano mróz dotarł pod kołdrę budząc mnie. Cholerne okno! Zupełnie kiedyś nie przeszkadzało mi, wręcz przeciwnie. Często lepsza jest mała dziura w szybie niż całe okno, które,  szczególnie w parne dni, trzeba otwierać. Wtedy chcąc nieznacznie uchylić okiennice trzeba dobrze uważać żeby nie otworzyć za bardzo,  bo nie trudno o przeciągi. Mała dziurka, która pełniła rolę wywietrznika stała się moim zaworem bezpieczeństwa.  Miałem u siebie zapach i kolor pobliskich drzew. Nieraz akordy cykad fundowały mi koncert wieczornych pieśni. Ostinata rymów wprawiały mnie w letarg, który wraz z  wieczornym cieniem  namawiał mnie do pisania. Siadałem wtedy na podłodze przed oknem i próbowałem przemienić się w miękkość tego zapachu zieleni,  który wypełniał  pokój. Książki które wtedy pisałem miały ten zapach. W karty książek wdzierały się ligustry, brzozy, sosny i wypełniały przestrzenie pomiędzy linijkami atramentu. Tak mijało lato,  pełne tych wieczorów,  gdzie odurzony pisałem i pijany aromatami zasypiałem nad rozrzuconymi wkoło papierami.
          Ale przyszły zimno i chłód. Dziura dała więc znać o sobie. Nie przeszkadzało mi to, że zmuszony byłem nadal słuchać cykad. Nie dawał mi spokoju przeszywający mróz. Początkowo kpiłem z jego usiłowań, ukryty jak motyl w kokonie pod grubą warstwą pierzyn. Nadszedł jednak taki dzień kiedy musiałem zdać sobie sprawę z tego, że nie jestem w stanie bronić się dłużej.
  Poszedłem więc do szklarza. Mieszkał na obrzeżach miasta. Zastanawiałem się dlaczego miał dużą kolekcję obrazów. Dziwne wydały się też jego pytania.
– Proszę mi ją opisać. Czy jest duża, czy mała, z ząbkami, okrągła, popękana, z rysami, wąska, szeroka, ma ostre kanty, czy może jednak wygładzone?
– Jest mi zimno i dlatego chciałbym, żeby Pan coś z tym zrobił.
  Owe pytania, co najmniej śmieszne, sprawiały,  że czułem się jak na przesłuchaniu i chociaż mój rozmówca nie spojrzał nawet na chwilę w moją stronę czułem się jak świdrowany wzrokiem niewidzialnych, wszechobecnych oczu. Wyszedłem,  kiedy księżyc zagarnął już całe światło dnia. Przemykałem pomiędzy ulicami,  gdzie rozlewało się srebro księżyca gładząc kocie łby. Księżyc przeglądał się w szybach domów jak pyszny mandaryn. Tylko w moim oknie nie mógł. z tego niezadowolony zaglądał do pokoju wypełniając go. Przykryłem się niemal cały kołdrą,  ale czułem jak penetrował moje pielesze. Oślepiał każdy kłąb kurzu. Owa dziura w szybie była mu sprzymierzeńcem. Porozkładał więc swoje promienie wyostrzając o kant szkła. Leżąc pod kołdrą liczyłem dni do nowiu i z błogością myślałem o tym,  gdy będę wreszcie sam. Ale gdy nadszedł byłem niespokojny. Ciemność,  która wypełniła wtedy mój pokój,  była jeszcze bardziej niepokojąca. Łapsko ciemności wdzierało się teraz bezpośrednio w moje życie. Otaczało mnie i z każdą godziną czułem,  że niebawem zaciśnie się zakrywając świat.
   Szklarz przyszedł nazajutrz. Niemal nie poznałem tego człowieka widząc go w otoczeniu zupełnie odmiennym. Nie utracił jednak wewnętrznej siły,  wszechogarniającego wzroku,  który uczułem owego dnia,  gdy się poznaliśmy. Wszedł i zawładnął od razu każdą moją myślą. Nie spojrzał w ogóle na mnie,  od razu podchodząc do okna. Wtedy zobaczyłem jego ręce. Nie były to ręce robotnika,  które nosiłyby ślady drzazg,  opiłków,  odłamków. Dotknął dziury tym samym dotykiem,  którym Klimt obdarzył mężczyznę w „Pocałunku”. Nie zwracał na mnie uwagi,  ale czułem,  że nie mogę zrobić żadnego ruchu,  który by nie był zauważony. Gdybym na przykład usiadł,  nastawił czajnik,  spojrzał na zegar,  zlekceważyłbym tą celebrację. Znajdowałem się jednak w osobliwej sytuacji. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli nie przerwę,  to wizyta może potrwać jeszcze długo. Ale nie byłem w stanie tego zrobić. Modliłem się o cud. Gdybyż księżyc przegonił jego łapczywe ręce,  swoim srebrzystym wzrokiem… Lecz dzień dopiero się zaczął i słońce za nic nie chciało zrezygnować z firmamentu. Zapomniałem wtedy o jeszcze jednym wielbicielu,  który odezwał się szczęściem w porę. To wiatr,  jakby od niechcenia zmroził ręce szklarza,  spryciarz skutecznie otrzeŸwił jego zapędy. Ciągle nie patrząc w moim kierunku szklarz oderwał w końcu ręce od szyby,  a jego oczy patrzył gdzieś w dal, poza horyzont. Jakby chciał wzrokiem pożegnać to,  co przed chwilą się skończyło. Dopiero teraz zauważyłem, że mój gość przyniósł ze sobą teczkę. Wyglądała na starą,  była przetarta w wielu miejscach. Zaklęty tym widokiem nie potrafiłem się ruszyć. Nie wiem jak długo staliśmy tak,  wiem tylko,  że gdy poszedł, mrok zaczął ogarniać okiennice. Doznałem jakiegoś dziwnego uczucia,  jak gdybym nie został sam w pokoju.
   Ze szklarzem umówiłem się na następny dzień,  ale czułem jakąś tajemniczą obecność. Księżyc znowu zaczął swoje zaloty do szyby,  opatrywał z pietyzmem jej zagłębienia,  jak obolałe rany. Pisać dziś było mi trudno,  bo jego zazdrosny blask wciąż plątał się po kartach zaglądając w nie niecierpliwie. Nazajutrz oczekiwałem z niepokojem pojawienia się szklarza. Dziura stała się dokuczliwa,  ale najbardziej bałem się jego wzroku. Postanowiłem,  że dziś się mu nie dam,  dlatego przestawiłem krzesło,  a na stole rozłożyłem mój pisarski warsztat. Kiedy przyszedł udawałem ogromne zapracowanie.  Szklarz nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Od razu podszedł do okna i dotknął przelotnie dziury,  po czym zaczął rozwieszać w koło reprodukcje. Próbowałem skupić się na mojej pracy,  ale ciągle stałem w miejscu zapisując zdania, których znaczenia nie potrafiłem się doszukać. Nie wiedzieć kiedy zacząłem stukać piórem o biurko. Nastawiłem wodę na miętową herbatę. Szklarz pracował,  coś kreślił,  robił masę szkiców i rysunków. Z nastaniem zmierzchu opuścił mnie bez słowa. Robota była jeszcze nieskończona,  więc pomyślałem,  że przyjdzie na następny dzień.
  Nie zjawił się jednak ani nazajutrz,  ani przez kolejne dni. Przyszedł dopiero za tydzień. Miał ze sobą swoją teczkę,  ale tym razem znajdowały się w niej kawałki szkła :  grubsze,  cieńsze,  gęstsze,  chropowate, lżejsze. Dopasowywał każdy z nich setki razy. Były bardzo precyzyjnie wycięte. Pasowały do dziury tak dokładnie,  że trzymały by się nawet bez kleju. Obserwowałem jego wysiłki. Dziwiło mnie jednak,  gdy szklarz odrzucał każdy kawałek, marudząc niezadowolony. Z każdym dniem bardziej przyzwyczajałem się do wizyt tego człowieka. Szklarz przychodził coraz częściej. Nigdy nie przypuszczałem,  że naprawienie jednej szyby może zająć tyle czasu.
  Pewnego dnia nie wyszedł. Nie pytałem go o nic. Położyłem się tylko na łóżku i przykryłem jak zwykle po same uszy. W nocy obudziła mnie dziwna jasność. Rozbudzony nie mogłem przypomnieć sobie gdzie się znajduję. Światło tarczy księżycowej zmieniło pokój w  pieczarę. Szklarza już nie było. Okno było otwarte na oścież i chłód zdołał się już zagościć. Nie zważywszy na to wstałem i półnagi podszedłem do okna. Przez chwilę wydawało mi się,  że  usiadły tam roje muszek ze srebrzystymi skrzydełkami. Ale to iskrzyła się jak diamentowy naszyjnik moja dziura w szybie. Zastanawiałem się dlaczego to tak długo trwa i czemu zostawił otwarte okno,  jakby przez nie wyfrunął?
   Rano przyglądałem się bezczelniej niż zwykle pracy mistrza. Chłonąłem każdy gest,  każde drgnięcie ręki. Był pogrążony w pracy. Niepokoiło mnie jedno – jego nieziemska precyzja i majestatyczność ruchów. Przypominał kapłana celebrującego mszę. Wreszcie doczekałem chwili,  gdy dziura zaczęła wypełniać się kawałkami kryształów. Precyzyjne kształty dopasowane tak,  że poszczególne ich części zlewały się doskonale w całość. Różniły się tylko odmiennym kątem odbijania światła. Błyski pojawiały się jak w bombce posypanej tłuczonym szkłem. Tak, jakby księżyc użyczył im swego blasku. Nocą refleksy księżyca przechodziły przez delikatne spojenia rozświetlając sieć misternie utkanych pajęczynek kleju. Patrzyłem na szybę jak na obraz. Na podłodze rozścielały się prześwity jasnych plam. Ciągle jednak czułem czyjąś obecność.
   Rankiem obudził mnie zimny podmuch wiatru. Myślałem,  że to koszmarny sen. Na podłodze coś mieniło się jak szklane koraliki. Misterna konstrukcja szklarza leżała w nieładzie jak rozerwany naszyjnik z pereł. Początkowo ogarnął mnie żal. Ta misterna,  niezwykła konstrukcja przestała istnieć. Znowu miałem dziurę w szybie.
  Poszedłem więc do innego szklarza. Człowiek ten splunął na podłogę,  wyjął ramę okienną,  rozbił szybę,  wstawił nową,  zakitował i wziął masę pieniędzy. Ale naprawił. Już nie marzłem,  tylko księżyc przestał świecić w moje okno.